Od wieku XV kultura europejska rozwijała, modyfikowała i szlifowała takie mniej więcej rozumienie piękna: nic dziwnego, że pewne wysiłki podjęte w ciągu zaledwie dwustu ostatnich lat nie zdążyły nas jeszcze przekonać, by od każdego dzieła sztuki nie żądać piękna jako kategorii, w której harmonijne, sprawne czy wzruszające cechy przedmiotu budzą lubą przyjemność. To żądanie wiedzie prostą drogą do różnego rodzaju (niekiedy ukrytych) akademizmów i do naiwnego hedonizmu estetycznego.
Do akademizmów wiedzie dlatego, że podobają się nam najłatwiej dzieła, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić, a cechę harmonijności przypisujemy najchętniej takim utworom, które stosują się do przyjętych powszechnie norm i szablonów. Co najmniej do początków XX wieku takich norm dostarczała sztuka starożytna, stając się przez to w końcu - jak mówił Witkiewicz, a później bardzo podobnie Worringer - łożem Prokrusta dla różnych żywych dążeń w sztuce. Takim łożem Prokrusta bywał potem impresjonizm. Pytanie, czy dzisiaj nie jest nim inkwizytorska koncepcja nowoczesności: liczy się tylko to, co przynosi ostatnia fala. Wprawdzie nie mówi się zwykle przy tej okazji o pięknie i przyjemności, ale niektóre „nowoczesne" kanony antypiękna i antyprzyjemności stanowią kategorię estetyczną równie ciasną - tyle że odwróconą do góry nogami - jak dawna kategoria „klasycznego" piękna.
| |
|